SIŁA KRĘGU

„Podczas rytuału przypominamy sobie swoje marzenia”, mówi w wywiadzie Kasia Kordylewska, lektorka, która zaprasza mężczyzn i kobiety na wyprawę do lasu. „Kiedy jestem na łonie przyrody, w lesie i przeżywam w kręgach mężczyzn współdzielenie, wędrówkę w ciszy, doznania i całą tę uświęconą przestrzeń, to mam czasami nieodparte pragnienie, że chciałabym przeżywać to z kobietami. Kobiety jednak trudno jest wyciągnąć.”

Kobiety już od dość dawna zastanawiają się, co to znaczy „być kobietą”. Jestem ciekaw, co to oznacza dla Ciebie? Czy istnieją kobiece rytuały przejścia, inicjacje, wtajemniczenia? Czy podczas wyprawy było dla Ciebie w jakiś sposób przydatne to, czego dowiedziałaś się od matki, od babci?

W pewnej sferze oczywiście tak. Jednak w przypadku mojej babci, a szczególnie matki trudno jest doszukiwać się jakichś głębokich rytuałów, ponieważ one same nie miały odpowiednich wzorów. Już mamie brakowało tego pierwotnego kobiecego kręgu. Może stąd to się bierze. Brak tu miejsca na jakikolwiek optymizm wspomnieniowy, tęsknotę za starymi dobrymi czasami. One żyły w podobnych strukturach, jak te, które odziedziczyłyśmy my. Właśnie dlatego, że nie miały nic do zaoferowania, były to opowieści pełne lęku, niczym z klapkami na oczach – w jaki sposób kobieta powinna się wyróżniać, jak zachowywać. Owszem, czasami w ramach jakichś wygłupów, ale tak naprawdę brakowało prawdziwego wtajemniczenia. Na przykład zdrowego podejścia do seksualności. Babcia mi coś opowiadała i śmiała się przy tym w głos.

Czego się od niej dowiedziałaś o seksualności?

Sprowadzało się do tego, że kobieta właściwie powinna unikać seksualności, panować nad sobą. Seksualność była gdzieś na granicy przerażającego pożądania, jakiegoś demona, który jeśli w kobiecie jest, to oznacza że jest ona właściwie psychicznie chora. Zdrowa jest ta, która potrafiła to stłamsić. Takie wypędzanie diabła. Kobieta, która przejawiała zdrową seksualność, była w zagrożeniu. Była czarownicą. Nie należy więc idealizować i zbyt wiele oczekiwać od naszych babć. Tam nie ma zbyt wielu wzorów. Oczywiście, jeżeli istniały w czyjejś rodzinie, to świetnie, taka kobieta jest bogata. Taka kobieta może powiedzieć – mam skarb. Są to jednak raczej wyjątki. Wysłuchuję historii kobiet, opowiadają o mamach i babciach, o tym co wypada, a czego nie wypada, jak powinny się zachowywać kobiety, że trzeba wyjść za mąż i mieć dzieci, być w domu z mężem i wytrzymać lub nie wytrzymać. Często te przekazywane historie są smutne.

Przebywanie z kobietami jest dla kobiety ważne. To są sytuacje, w których właściwie pierwszy raz świadomie poczułam swoje ciało oraz to, że jestem kobietą i jestem piękna i że nie ma znaczenia lustro, które sobie tworzę na podstawie postrzegania przez mężczyznę. Od tego zaczyna się samoakceptacja.

Jak sądzisz, skąd zatem można czerpać? Skąd brać naturalne lub powiedzmy zdrowsze wzorce, rytuały?

Jestem głęboko przekonana, że kobieta powinna zacząć od siebie. Tworzyć je na swoją miarę. Nawet jeśli w naszym dzieciństwie te wzorce nie były oczywiste, ani zbyt zdrowe, to jest nadzieja we wszystkich pięknych, mądrych kobietach, które spotkałyśmy na swojej drodze. Kobietach, które na chwilę stały się naszymi matkami, siostrami, nauczycielkami, które nam coś przekazały. Są różne etapy. Mnie na przykład brakowało w życiu okresu przebywania wyłącznie w otoczeniu kobiet. Owszem, miałam koleżanki, ale jeszcze więcej kolegów. Kiedy wyprowadziłam się z domu, właściwie przegapiłam czas na przebywanie z kobietami. Na przykład nie mieszkałam w akademiku, ale od razu zamieszkałam razem z chłopakiem. Starałam się więc wpasować w rolę kobiety jako partnerki, w związek. Dopiero później zaczęłam sobie uświadamiać, jak ważne jest przebywanie z kobietami.

Na czym polega ta ważność przebywania z kobietami?

To są proste sprawy, które mogą wydawać się wręcz trywialne. Na przykład spotykamy się w łazience i oglądamy bez wstydu czy zażenowania swoje ciała. Mówimy sobie na wzajem, że mamy piękne ciała, że dobrze wyglądamy – masz naprawdę piękne piersi, albo ładną pupę. Właśnie tak! Przekazujemy sobie komunikaty, dzielimy się przechodzeniem przez różne fazy. To są sytuacje, w których właściwie pierwszy raz uświadomiłam sobie swoje ciało oraz to, że jestem kobietą i jestem piękna i że nie ma znaczenia lustro, które sobie tworzę odbierając komunikaty od mężczyzn. To zupełnie inna kategoria. Od tego zaczyna się samoakceptacja. Właśnie wspieranie tego kręgu, przebywanie z kobietami, jest potrzebne do inicjacji. To, że się spotykamy razem na przykład kilka razy wieczorami w zimie, szydełkujemy, robimy na drutach, cokolwiek. Może wydawać się to absurdalne, ale bawimy się przy tym, to jest dar. Dawniej było to na przykład darcie pierza.

Mężczyźni słyszą głos natury, chcą iść gdzie indziej, ale ponieważ często znają tyko wzorzec związku, idą za głosem nowej kobiety. Kobiety, która uosabia to, za czym tęsknią. To jednak właśnie jest zew naszej duszy, zew lasu.

Kiedy mężczyzna wyrusza w drogę

Pracowałaś także z całkowicie męskimi grupami, czy w przypadku mężczyzn wygląda to inaczej, pracujesz z nimi w inny sposób? W jaki sposób mężczyźni mogą pracować ze swoją siłą?

Właściwie jest to dość podobne. Wiele zależy od wychowania, od wzorców i wzorów, które się odcisnęły w mężczyznach. Jak nauczyli się traktować siłę – czy pozytywnie – tak, by nie musieli się jej bać, odrzucać jej, uciekać przed nią, ukrywać ją. Odwrotnie, by byli w stanie w danym momencie przyjąć ją, żeby byli jej świadomi, świadomi agresji. Agresja sama w sobie nie jest zła. Dorosły mężczyzna wie, jak sobie z nią radzić, w jaki sposób reagować. Różnicę widzę raczej w tym, że mężczyźni, nawet kiedy są w związkach i mają dzieci, zyskują na pewnej płaszczyźnie więcej niezależności, są w stanie wyjść i wyruszyć na poszukiwanie. W większym stopniu niż kobiety. Oczywiście nie wiem, czy można to tak uogólniać. Trudno to ocenić, ponieważ kiedy mam w mojej grupie mężczyzn, to są to właśnie mężczyźni tego rodzaju – tacy, którzy wyruszyli w drogę.

W jaki sposób mężczyźni „wyruszają w drogę”?

Dzieje się to w okresie kryzysu. Na przykład dowiedzieli się, że kobieta ich zdradza, że coś szwankuje w ich związku. Często się zdarza, że się zakochują. Żeby wyjść ze źle funkcjonującego wieloletniego związku mają pod ręką proste narzędzie – proste rozwiązanie, jakim jest spotkanie innej kobiety. To budzi ich ze snu. To także usprawiedliwienie. Oni słyszą zew natury, chcą iść gdzie indziej, ale ponieważ często znają tylko ten wzorzec, idą za głosem nowej kobiety. Kobiety, która uosabia to, za czym tęsknią. Na przykład za swobodą, namiętnością, barwnością, czymkolwiek, co stracili, czego im brakowało. To jednak właśnie jest głos naszej duszy, zew lasu. To są właśnie instynkty, które dla nich ta kobieta uosabia. Gdyby znalazł się piękny, świadomy mężczyzna, który by im to zaoferował, to możliwe, że mężczyzna by podążył za nim.

Co się z nami dzieje podczas rytuału?

Podczas rytuału właściwie przypominamy sobie swoje marzenia, swoje wewnętrzne tęsknoty, pragnienia, tego chcę, chciałabym, za czym tęskni moja dusza. Mówisz sobie, co mogłoby to być oraz odwrotnie, co już jest niepotrzebne. Z biegiem czasu marzenia się zmieniają, nie chodzi o to, by spełniać marzenia z czasów, kiedy się miało osiem lat. Należy sobie uświadomić, czego się chce, określić, jaką górę chcesz zdobyć. Pójść tam, przeżyć to. To, co przeżyjesz w drodze, co przeżyjesz u celu wędrówki: zasiądziesz jak królowa na tronie, rozejrzysz się, nabierzesz powietrza w płuca i powiesz: to jest to, to właśnie to przeżycie. Dziękuję za to, wpisuję to w swoje doświadczenia, w ciało.

To, co opisujesz, wydaje mi się tworzeniem osobistych rytuałów, osobistych przejść. Sądzisz, że tradycyjne rytuały takie, jak na przykład niedzielna msza w kościele, tracą znaczenie?

Tak i nie, zależy dla kogo. Jeżeli potrzebujesz przynależności do grupy, wsparcia, które ci daje, to tak. Muszę jednak sama siebie spytać, czy jest to przydatne właśnie dla mnie. Może msza w kościele jest ucieczką od całotygodniowej rodzinnej krzątaniny, możliwością pobycia samej ze swoimi myślami. Dla kogoś może to być chwila, kiedy wznosi swoje prośby do Pana Boga. Dla każdego uczestnictwo oznacza coś innego.

Zapraszam do lasu

Przedstawiasz się jako nawigatorka zmiany, organizujesz szamański kobiecy krąg. Co to znaczy?

Najchętniej nic bym o sobie nie pisała. Każdy opis to zaszeregowanie, oddziaływanie. Nawigatorka zmiany jest przewodnikiem: kiedy czujesz, że coś się dzieje w twoim życiu, nadchodzi wyraźna zmiana, nie jest ci dobrze z tym, co masz, zaczynasz kręcić się dookoła własnego ogona. W takim momencie człowiek potrzebuje kogoś z zewnątrz, kto mu pokaże lustro. To nie jest doradca, ale ktoś, kto pomoże zorientować się w ciemnej dolinie. Pomoże stworzyć plan, co czasami jest naprawdę ważne. Zdyscyplinowany plan, jak z tego wyjść, co może mi pomóc i co mogę zrobić, żeby nie zboczyć z drogi. W tym pomaga nawigator zmiany.

Kim Twoim zdaniem jest szaman?

Szamanem jest ten, kto jest w stanie sam siebie uzdrowić. Termin zaczyna spełniać swoją rolę w momencie, gdy ludzie przychodzą do mnie po radę. Szaman, szamanka to nazwa, którą nadaje ci otoczenie, w którym żyjesz. Nie zostaje się nim po ukończeniu czegokolwiek. Jeżeli będę dla jakichś kobiet przydatna i nazwą mnie szamanką, będę dla nich szamanką. Nie oznacza to jednak, że będę szamanką dla kogoś innego. Szaman stosuje proste techniki powrotu do siebie samego: rozpoznawanie swojej mapy, opisywanie swojego porządku i sztukę elastycznego zmieniania ich w zależności od doświadczeń. Sztukę wykorzystywania doświadczeń. To wszystko są umiejętności, które możemy w sobie rozwinąć, które mamy pod ręką. Sami możemy sobie nimi pomagać, sami siebie uzdrawiać, a także pomagać swoim bliskim, rodzinie, otoczeniu. Możliwe jest to jednak wyłącznie wtedy, kiedy jesteśmy w zgodzie z samym sobą. Dopiero wtedy możemy zaoferować pomoc tam, gdzie jest potrzebna i w zdrowej dawce.

Potrzebujemy kontaktu z przyrodą. To są dla mnie archetypy. Ziemia, którą czuję wędrując, oddychanie, wspinaczka pod górę, odkrycie pięknej łąki. Jestem tam przez chwilę sama, uświadamiam sobie, że jestem. To są te powroty do stanu dzikości.

Jak pracujesz z kobietami?

Moim pobożnym życzeniem jest wyjście z kobietami na zewnątrz. Kiedy jestem na łonie przyrody, w lesie i przeżywam w kręgu mężczyzn współdzielenie, wędrówkę w ciszy, doznania i całą tę uświęconą przestrzeń, to mam czasami nieodparte pragnienie przeżywanie tego samego z kobietami. Kobiety jednak trudno jest wyciągnąć. Często są uwiązane, w związkach, nie wyjadą bez partnera i bez dzieci. Dzieci już są duże, samodzielne, ale one często czekają w domu ze szpinaczkiem, na wypadek gdyby Piotruś przyjechał na weekend. Nie wyruszają w drogę.

Sądzisz, że wciąż tak jest, że nie przybywa kobiet, które mogą i chcą wyruszyć w las?

Tak, ale wciąż jest ich mało. Mężczyźni słyszą zew lasu. Pociąga ich wędrówka tropem wilków. Może jest to dla nich silny archetyp, może widzą ognisko, śpiwór, nie przejmują się higieną. Nie wiem, na czym dokładnie to polega. Rezerwują na to dwa tygodnie, dziesięć dni i jadą, chcą przeżyć las, być z innymi mężczyznami, w górach, na połoninach. Chcą zachłysnąć się powietrzem, wolną przestrzenią, odciąć się od świata. Uświadomić sobie, że są mężczyznami, że mają ciało, którego mogą używać. Także przeżywać strach, kiedy im mówię, że są tam niedźwiedzie.

Czy to nie dziwne, że jesteś tam z nimi Ty jako kobieta?

Mam dwie możliwości. Mogę to robić lub nie robić. I tak tam jeżdżę, Rozumiem kobiety, też na parę lat utknęłam w niezbyt szczęśliwym związku, weekendy spędzaliśmy zwiedzając zamki, czekałam kiedy partner wróci do domu, co będziemy razem robić. Byłam niespełniona, wciąż za czymś tęskniłam, bo to mi oczywiście nie wystarczało. Czułam głód wolności, oddechu. Spędzanie czasu z rodziną i to, co oferowało miasto mi nie wystarczało. Czasami są to bardzo trudne decyzje, trudno znaleźć tu balans. Synek miał iść do przedszkola, a ja jechałam posłuchać, jak wilczyca uczy wyć swoje szczenięta. Czasami jest to cena, która wydaje się zbyt wysoka. W końcu moim dzieckiem zajęła się babcia, a ja pojechałam. Zaczęłam tam wracać i stopniowo zgłaszali się mężczyźni i prosili, bym została ich przewodnikiem. Tak zaczęły się wyprawy z mężczyznami. Kobiety jeździły tam rzadko. Dobrze jednak było mieć je na wyprawie.

Czyli szamański kobiecy krąg w mieście właściwie mógłby być jakimś pierwszym krokiem w stronę lasu?

Mógłby być i mam nadzieję, że tak będzie, że kobiety uświadomią sobie, że to polega na zaczerpnięciu powietrza, ożywieniu wspomnień, które może nas czasem ocalić. W skrócie tak właśnie jest. Potrzebujemy kontaktu z przyrodą. To są dla mnie archetypy. Ziemia, którą czuję wędrując, oddech, wspinaczka pod górę, odkrycie pięknej łąki. Jestem tam przez chwilę sama, uświadamiam sobie, że jestem. To są te powroty do dzikości. Kiedy zakołyszę biodrami, przypominam sobie, że mam radosny ogon, czasami jestem dzika, wilcza. I mogę taka być. Na chwilę staję się wilkiem. Wilkiem, który wie, gdzie idzie i po co idzie, rozpoznaje swoje terytorium, zna przeszkody, wie jak je omijać.

To jest opowieść o kobiecie w lesie. Czy możesz coś podobnego zaproponować również kobiecie w mieście?

To właśnie jest to przeniesienie. To jest kobieta w mieście. Chodzi o uświadomienie sobie, gdzie jestem, co mam, poczucie w swoim ciele instynktów. Które z nich słyszę lepiej, a które mniej, które muszę nakarmić, które domagają się uwagi. I zaczynam z nimi świadomie pracować. Dzięki temu staję się bardziej całością. Staję się świadoma tego czego chcę i przede wszystkim świadoma faktu, że jedyną osobą, która może mi dać to, czego potrzebuję, jestem ja sama. To jest wiadomość kobiety z lasu dla kobiety z miasta.